Skocz do zawartości
Centrum gier Lion Project

Arvea

Members
  • Liczba zawartości

    12
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Aktywność reputacji

  1. Kamina polubił odpowiedź w temacie przez ArveaKonkurs listopadowy   
    To już rok... Tak samo, jak poprzednim razem, ciężkie deszczowe chmury przysłaniają niebo, gnane lodowatym wiatrem. Mała mogiłka na skraju lasu już nie jest taka samotna. Pojawiła się nowa, świeżo wymurowana i zalana kwiatami i zniczami... Pewnie niedawno był pogrzeb.
    Stary pan Józef grabił liście i zamiatał alejki.
    - Nie można tu wchodzić z psem... - zaczął, po czym rozpoznał mnie i mojego starego Ramzesa. - A, to pani... Dobrze, wyjątkowo przymknę oko na zasady, pani pies wygląda jak prawdziwy żałobnik z tym bukietem w pysku. Jak się pani czuje?
    - Witam, panie Józefie. Nie najgorzej, dziękuję. Nieco lepiej ze zdrowiem...
    Kolejny silny podmuch wiatru rozdmuchał niewielką kupkę zgrabionych liści z powrotem na alejkę.
    - Taka robota przy tej pogodzie to syzyfowa praca! - mruknął pod nosem. - No ale co poradzić? Na jutro musi być tutaj porządek, od rana procesje...
    - Dobrze, nie będziemy panu przeszkadzać - odparłam. - Zdrowia życzę.
    - Dziękuję i wzajemnie - rzekł pan Józef starając się zdążyć zgrabić uciekające z wiatrem liście.
    Podeszłam do małego grobu. Ostatni znicz właśnie dogasał. Zgarnęłam liście, które przywiał wiatr. "Kochanemu synkowi"... Jak zwykle łzy napłynęły mi do oczu. Niechciany i chciany jednocześnie. Wymuszony stosunek zaowocował nowym życiem - życiem, które mimo wszystko starałam się utrzymać pod sercem, chociaż lekarze od samego początku mówili, że szanse na to są nikłe, że mój organizm najprawdopodobniej mimo najlepszych starań nas wszystkich odrzuci ciążę, bo jest za słaby... I jeszcze ten krwiak...
    Chybotliwy płomień zgasł. Wyjęłam nowe wkłady, wymieniłam i zapaliłam knoty. Ramzes położył bukiet na nagrobku i liznął mnie po dłoni. Patrzył na mnie swoimi wielkimi, smutnymi oczami. Przytuliłam go.
    - Tak, Ramzesik - podrapałam go za uszami. - Wiem, że tobie też jest smutno. Nie dane ci było zobaczyć tego maleństwa... Byłby ślicznym chłopcem...
    Kolejny lodowaty podmuch przyniósł ze sobą wilgoć i kolejną garść liści. Wstawiłam bukiet do wazonu, zabrałam stare kwiaty i wypalone wkłady. Wyrzucę je wychodząc z cmentarza. Wyjęłam butelkę wody i nalałam nieco do wazonu. "Nie ma sensu dolewać więcej, skoro ma padać" - pomyślałam.
    - Dobrze, piesiu, wracamy do domu, zanim nas deszcz zmoczy. Z tego wszystkiego zapomniałam wziąć z domu parasola...
    - Łof! - szczeknął, trącił mnie nosem i zamerdał ogonem.
    - Tak, wiem... Kiedyś zapomnę o własnej głowie! - podrapałam pupila po grzbiecie, za co dostałam mokre liźnięcie.
    Rozejrzałam się po cmentarzu. Nikogo już nie było, nawet pana Józefa. Pierwsze krople deszczu spadły mi na twarz kilka kroków za bramą cmentarza. A może to były moje łzy?...
     
    ==== Nick w DG: Arvea ====
  2. Annyonne polubił odpowiedź w temacie przez ArveaSortowanie   
    Masz rację, Nickname, poniosło mnie.
    Przepraszam wszystkich za swoją niewyparzoną gębę.
    Wiem, że jest wiele potrzebnych zmian i niektóre z Waszych propozycji są jak najbardziej wskazane do zrobienia w pierwszej kolejności. Nie znaczy to jednak, że "zmiana kosmetyczna", jaką jest sortowanie nie mogłaby też kiedyś wejść do gry.
    Nic. Niektórzy wolą trudniejsze tory, inni bardziej opłacalne przy wygranej. Podałam przykład sortowania.
  3. Artemiz polubił odpowiedź w temacie przez ArveaSortowanie   
    Waśnie widzę - wolicie siedzieć w Ciemnogrodzie i zrobić wszystko, żeby inni mieli tak samo do dupy, jak Wy mieliście. Szkoda.
  4. Arvea polubił odpowiedź w temacie przez AnnyonneSortowanie   
    Uważam, że niepotrzebnie został użyty argument ilości doglarów.  Od tego to już niewiele trzeba było, by doszło tej dyskusji.
    Propozycją było sortowanie konkursów, by ułatwić wyszukiwanie tego, na którym zależy osobie zapisującej psa. I na tym propozycja powinna się zakończyć.
    Tymczasem zaczęła się dyskusja o tym, komu jest lepiej i czego nie powinien chcieć biedny  A co to ma do ankiety?
    Arvea, Twoja propozycja jest ciekawa i pewnie miałaby szansę na "przejście", ale jak słusznie zauważyła Glossy na czacie - mamy dużo propozycji zmian, bo nazbierało się ich przez lata, a sortowanie konkursów, jak widać po tej dyskusji, nie jest zmianą bardzo potrzebną. Wprawdzie nie głosują tu wszyscy z DG (wtedy może uzbierało by się trochę głosów na tak), ale na to nic nie poradzisz - jest nas tu około 25 i tylko od nich można liczyć na głosy. 
    Każdy ma tu prawo wypowiedzieć się i część to zrobiła, a że akurat są oni na "nie"...z tym też trzeba się liczyć.
    Na dzień dzisiejszy jestem na  "nie".
  5. kamilkamil polubił odpowiedź w temacie przez ArveaKonkurs listopadowy   
    To już rok... Tak samo, jak poprzednim razem, ciężkie deszczowe chmury przysłaniają niebo, gnane lodowatym wiatrem. Mała mogiłka na skraju lasu już nie jest taka samotna. Pojawiła się nowa, świeżo wymurowana i zalana kwiatami i zniczami... Pewnie niedawno był pogrzeb.
    Stary pan Józef grabił liście i zamiatał alejki.
    - Nie można tu wchodzić z psem... - zaczął, po czym rozpoznał mnie i mojego starego Ramzesa. - A, to pani... Dobrze, wyjątkowo przymknę oko na zasady, pani pies wygląda jak prawdziwy żałobnik z tym bukietem w pysku. Jak się pani czuje?
    - Witam, panie Józefie. Nie najgorzej, dziękuję. Nieco lepiej ze zdrowiem...
    Kolejny silny podmuch wiatru rozdmuchał niewielką kupkę zgrabionych liści z powrotem na alejkę.
    - Taka robota przy tej pogodzie to syzyfowa praca! - mruknął pod nosem. - No ale co poradzić? Na jutro musi być tutaj porządek, od rana procesje...
    - Dobrze, nie będziemy panu przeszkadzać - odparłam. - Zdrowia życzę.
    - Dziękuję i wzajemnie - rzekł pan Józef starając się zdążyć zgrabić uciekające z wiatrem liście.
    Podeszłam do małego grobu. Ostatni znicz właśnie dogasał. Zgarnęłam liście, które przywiał wiatr. "Kochanemu synkowi"... Jak zwykle łzy napłynęły mi do oczu. Niechciany i chciany jednocześnie. Wymuszony stosunek zaowocował nowym życiem - życiem, które mimo wszystko starałam się utrzymać pod sercem, chociaż lekarze od samego początku mówili, że szanse na to są nikłe, że mój organizm najprawdopodobniej mimo najlepszych starań nas wszystkich odrzuci ciążę, bo jest za słaby... I jeszcze ten krwiak...
    Chybotliwy płomień zgasł. Wyjęłam nowe wkłady, wymieniłam i zapaliłam knoty. Ramzes położył bukiet na nagrobku i liznął mnie po dłoni. Patrzył na mnie swoimi wielkimi, smutnymi oczami. Przytuliłam go.
    - Tak, Ramzesik - podrapałam go za uszami. - Wiem, że tobie też jest smutno. Nie dane ci było zobaczyć tego maleństwa... Byłby ślicznym chłopcem...
    Kolejny lodowaty podmuch przyniósł ze sobą wilgoć i kolejną garść liści. Wstawiłam bukiet do wazonu, zabrałam stare kwiaty i wypalone wkłady. Wyrzucę je wychodząc z cmentarza. Wyjęłam butelkę wody i nalałam nieco do wazonu. "Nie ma sensu dolewać więcej, skoro ma padać" - pomyślałam.
    - Dobrze, piesiu, wracamy do domu, zanim nas deszcz zmoczy. Z tego wszystkiego zapomniałam wziąć z domu parasola...
    - Łof! - szczeknął, trącił mnie nosem i zamerdał ogonem.
    - Tak, wiem... Kiedyś zapomnę o własnej głowie! - podrapałam pupila po grzbiecie, za co dostałam mokre liźnięcie.
    Rozejrzałam się po cmentarzu. Nikogo już nie było, nawet pana Józefa. Pierwsze krople deszczu spadły mi na twarz kilka kroków za bramą cmentarza. A może to były moje łzy?...
     
    ==== Nick w DG: Arvea ====
  6. Krzyżak polubił odpowiedź w temacie przez ArveaKonkurs listopadowy   
    To już rok... Tak samo, jak poprzednim razem, ciężkie deszczowe chmury przysłaniają niebo, gnane lodowatym wiatrem. Mała mogiłka na skraju lasu już nie jest taka samotna. Pojawiła się nowa, świeżo wymurowana i zalana kwiatami i zniczami... Pewnie niedawno był pogrzeb.
    Stary pan Józef grabił liście i zamiatał alejki.
    - Nie można tu wchodzić z psem... - zaczął, po czym rozpoznał mnie i mojego starego Ramzesa. - A, to pani... Dobrze, wyjątkowo przymknę oko na zasady, pani pies wygląda jak prawdziwy żałobnik z tym bukietem w pysku. Jak się pani czuje?
    - Witam, panie Józefie. Nie najgorzej, dziękuję. Nieco lepiej ze zdrowiem...
    Kolejny silny podmuch wiatru rozdmuchał niewielką kupkę zgrabionych liści z powrotem na alejkę.
    - Taka robota przy tej pogodzie to syzyfowa praca! - mruknął pod nosem. - No ale co poradzić? Na jutro musi być tutaj porządek, od rana procesje...
    - Dobrze, nie będziemy panu przeszkadzać - odparłam. - Zdrowia życzę.
    - Dziękuję i wzajemnie - rzekł pan Józef starając się zdążyć zgrabić uciekające z wiatrem liście.
    Podeszłam do małego grobu. Ostatni znicz właśnie dogasał. Zgarnęłam liście, które przywiał wiatr. "Kochanemu synkowi"... Jak zwykle łzy napłynęły mi do oczu. Niechciany i chciany jednocześnie. Wymuszony stosunek zaowocował nowym życiem - życiem, które mimo wszystko starałam się utrzymać pod sercem, chociaż lekarze od samego początku mówili, że szanse na to są nikłe, że mój organizm najprawdopodobniej mimo najlepszych starań nas wszystkich odrzuci ciążę, bo jest za słaby... I jeszcze ten krwiak...
    Chybotliwy płomień zgasł. Wyjęłam nowe wkłady, wymieniłam i zapaliłam knoty. Ramzes położył bukiet na nagrobku i liznął mnie po dłoni. Patrzył na mnie swoimi wielkimi, smutnymi oczami. Przytuliłam go.
    - Tak, Ramzesik - podrapałam go za uszami. - Wiem, że tobie też jest smutno. Nie dane ci było zobaczyć tego maleństwa... Byłby ślicznym chłopcem...
    Kolejny lodowaty podmuch przyniósł ze sobą wilgoć i kolejną garść liści. Wstawiłam bukiet do wazonu, zabrałam stare kwiaty i wypalone wkłady. Wyrzucę je wychodząc z cmentarza. Wyjęłam butelkę wody i nalałam nieco do wazonu. "Nie ma sensu dolewać więcej, skoro ma padać" - pomyślałam.
    - Dobrze, piesiu, wracamy do domu, zanim nas deszcz zmoczy. Z tego wszystkiego zapomniałam wziąć z domu parasola...
    - Łof! - szczeknął, trącił mnie nosem i zamerdał ogonem.
    - Tak, wiem... Kiedyś zapomnę o własnej głowie! - podrapałam pupila po grzbiecie, za co dostałam mokre liźnięcie.
    Rozejrzałam się po cmentarzu. Nikogo już nie było, nawet pana Józefa. Pierwsze krople deszczu spadły mi na twarz kilka kroków za bramą cmentarza. A może to były moje łzy?...
     
    ==== Nick w DG: Arvea ====
  7. Artemiz polubił odpowiedź w temacie przez ArveaKonkurs listopadowy   
    To już rok... Tak samo, jak poprzednim razem, ciężkie deszczowe chmury przysłaniają niebo, gnane lodowatym wiatrem. Mała mogiłka na skraju lasu już nie jest taka samotna. Pojawiła się nowa, świeżo wymurowana i zalana kwiatami i zniczami... Pewnie niedawno był pogrzeb.
    Stary pan Józef grabił liście i zamiatał alejki.
    - Nie można tu wchodzić z psem... - zaczął, po czym rozpoznał mnie i mojego starego Ramzesa. - A, to pani... Dobrze, wyjątkowo przymknę oko na zasady, pani pies wygląda jak prawdziwy żałobnik z tym bukietem w pysku. Jak się pani czuje?
    - Witam, panie Józefie. Nie najgorzej, dziękuję. Nieco lepiej ze zdrowiem...
    Kolejny silny podmuch wiatru rozdmuchał niewielką kupkę zgrabionych liści z powrotem na alejkę.
    - Taka robota przy tej pogodzie to syzyfowa praca! - mruknął pod nosem. - No ale co poradzić? Na jutro musi być tutaj porządek, od rana procesje...
    - Dobrze, nie będziemy panu przeszkadzać - odparłam. - Zdrowia życzę.
    - Dziękuję i wzajemnie - rzekł pan Józef starając się zdążyć zgrabić uciekające z wiatrem liście.
    Podeszłam do małego grobu. Ostatni znicz właśnie dogasał. Zgarnęłam liście, które przywiał wiatr. "Kochanemu synkowi"... Jak zwykle łzy napłynęły mi do oczu. Niechciany i chciany jednocześnie. Wymuszony stosunek zaowocował nowym życiem - życiem, które mimo wszystko starałam się utrzymać pod sercem, chociaż lekarze od samego początku mówili, że szanse na to są nikłe, że mój organizm najprawdopodobniej mimo najlepszych starań nas wszystkich odrzuci ciążę, bo jest za słaby... I jeszcze ten krwiak...
    Chybotliwy płomień zgasł. Wyjęłam nowe wkłady, wymieniłam i zapaliłam knoty. Ramzes położył bukiet na nagrobku i liznął mnie po dłoni. Patrzył na mnie swoimi wielkimi, smutnymi oczami. Przytuliłam go.
    - Tak, Ramzesik - podrapałam go za uszami. - Wiem, że tobie też jest smutno. Nie dane ci było zobaczyć tego maleństwa... Byłby ślicznym chłopcem...
    Kolejny lodowaty podmuch przyniósł ze sobą wilgoć i kolejną garść liści. Wstawiłam bukiet do wazonu, zabrałam stare kwiaty i wypalone wkłady. Wyrzucę je wychodząc z cmentarza. Wyjęłam butelkę wody i nalałam nieco do wazonu. "Nie ma sensu dolewać więcej, skoro ma padać" - pomyślałam.
    - Dobrze, piesiu, wracamy do domu, zanim nas deszcz zmoczy. Z tego wszystkiego zapomniałam wziąć z domu parasola...
    - Łof! - szczeknął, trącił mnie nosem i zamerdał ogonem.
    - Tak, wiem... Kiedyś zapomnę o własnej głowie! - podrapałam pupila po grzbiecie, za co dostałam mokre liźnięcie.
    Rozejrzałam się po cmentarzu. Nikogo już nie było, nawet pana Józefa. Pierwsze krople deszczu spadły mi na twarz kilka kroków za bramą cmentarza. A może to były moje łzy?...
     
    ==== Nick w DG: Arvea ====
  8. Annyonne polubił odpowiedź w temacie przez ArveaKonkurs listopadowy   
    To już rok... Tak samo, jak poprzednim razem, ciężkie deszczowe chmury przysłaniają niebo, gnane lodowatym wiatrem. Mała mogiłka na skraju lasu już nie jest taka samotna. Pojawiła się nowa, świeżo wymurowana i zalana kwiatami i zniczami... Pewnie niedawno był pogrzeb.
    Stary pan Józef grabił liście i zamiatał alejki.
    - Nie można tu wchodzić z psem... - zaczął, po czym rozpoznał mnie i mojego starego Ramzesa. - A, to pani... Dobrze, wyjątkowo przymknę oko na zasady, pani pies wygląda jak prawdziwy żałobnik z tym bukietem w pysku. Jak się pani czuje?
    - Witam, panie Józefie. Nie najgorzej, dziękuję. Nieco lepiej ze zdrowiem...
    Kolejny silny podmuch wiatru rozdmuchał niewielką kupkę zgrabionych liści z powrotem na alejkę.
    - Taka robota przy tej pogodzie to syzyfowa praca! - mruknął pod nosem. - No ale co poradzić? Na jutro musi być tutaj porządek, od rana procesje...
    - Dobrze, nie będziemy panu przeszkadzać - odparłam. - Zdrowia życzę.
    - Dziękuję i wzajemnie - rzekł pan Józef starając się zdążyć zgrabić uciekające z wiatrem liście.
    Podeszłam do małego grobu. Ostatni znicz właśnie dogasał. Zgarnęłam liście, które przywiał wiatr. "Kochanemu synkowi"... Jak zwykle łzy napłynęły mi do oczu. Niechciany i chciany jednocześnie. Wymuszony stosunek zaowocował nowym życiem - życiem, które mimo wszystko starałam się utrzymać pod sercem, chociaż lekarze od samego początku mówili, że szanse na to są nikłe, że mój organizm najprawdopodobniej mimo najlepszych starań nas wszystkich odrzuci ciążę, bo jest za słaby... I jeszcze ten krwiak...
    Chybotliwy płomień zgasł. Wyjęłam nowe wkłady, wymieniłam i zapaliłam knoty. Ramzes położył bukiet na nagrobku i liznął mnie po dłoni. Patrzył na mnie swoimi wielkimi, smutnymi oczami. Przytuliłam go.
    - Tak, Ramzesik - podrapałam go za uszami. - Wiem, że tobie też jest smutno. Nie dane ci było zobaczyć tego maleństwa... Byłby ślicznym chłopcem...
    Kolejny lodowaty podmuch przyniósł ze sobą wilgoć i kolejną garść liści. Wstawiłam bukiet do wazonu, zabrałam stare kwiaty i wypalone wkłady. Wyrzucę je wychodząc z cmentarza. Wyjęłam butelkę wody i nalałam nieco do wazonu. "Nie ma sensu dolewać więcej, skoro ma padać" - pomyślałam.
    - Dobrze, piesiu, wracamy do domu, zanim nas deszcz zmoczy. Z tego wszystkiego zapomniałam wziąć z domu parasola...
    - Łof! - szczeknął, trącił mnie nosem i zamerdał ogonem.
    - Tak, wiem... Kiedyś zapomnę o własnej głowie! - podrapałam pupila po grzbiecie, za co dostałam mokre liźnięcie.
    Rozejrzałam się po cmentarzu. Nikogo już nie było, nawet pana Józefa. Pierwsze krople deszczu spadły mi na twarz kilka kroków za bramą cmentarza. A może to były moje łzy?...
     
    ==== Nick w DG: Arvea ====
  9. Verbum polubił odpowiedź w temacie przez ArveaKonkurs listopadowy   
    To już rok... Tak samo, jak poprzednim razem, ciężkie deszczowe chmury przysłaniają niebo, gnane lodowatym wiatrem. Mała mogiłka na skraju lasu już nie jest taka samotna. Pojawiła się nowa, świeżo wymurowana i zalana kwiatami i zniczami... Pewnie niedawno był pogrzeb.
    Stary pan Józef grabił liście i zamiatał alejki.
    - Nie można tu wchodzić z psem... - zaczął, po czym rozpoznał mnie i mojego starego Ramzesa. - A, to pani... Dobrze, wyjątkowo przymknę oko na zasady, pani pies wygląda jak prawdziwy żałobnik z tym bukietem w pysku. Jak się pani czuje?
    - Witam, panie Józefie. Nie najgorzej, dziękuję. Nieco lepiej ze zdrowiem...
    Kolejny silny podmuch wiatru rozdmuchał niewielką kupkę zgrabionych liści z powrotem na alejkę.
    - Taka robota przy tej pogodzie to syzyfowa praca! - mruknął pod nosem. - No ale co poradzić? Na jutro musi być tutaj porządek, od rana procesje...
    - Dobrze, nie będziemy panu przeszkadzać - odparłam. - Zdrowia życzę.
    - Dziękuję i wzajemnie - rzekł pan Józef starając się zdążyć zgrabić uciekające z wiatrem liście.
    Podeszłam do małego grobu. Ostatni znicz właśnie dogasał. Zgarnęłam liście, które przywiał wiatr. "Kochanemu synkowi"... Jak zwykle łzy napłynęły mi do oczu. Niechciany i chciany jednocześnie. Wymuszony stosunek zaowocował nowym życiem - życiem, które mimo wszystko starałam się utrzymać pod sercem, chociaż lekarze od samego początku mówili, że szanse na to są nikłe, że mój organizm najprawdopodobniej mimo najlepszych starań nas wszystkich odrzuci ciążę, bo jest za słaby... I jeszcze ten krwiak...
    Chybotliwy płomień zgasł. Wyjęłam nowe wkłady, wymieniłam i zapaliłam knoty. Ramzes położył bukiet na nagrobku i liznął mnie po dłoni. Patrzył na mnie swoimi wielkimi, smutnymi oczami. Przytuliłam go.
    - Tak, Ramzesik - podrapałam go za uszami. - Wiem, że tobie też jest smutno. Nie dane ci było zobaczyć tego maleństwa... Byłby ślicznym chłopcem...
    Kolejny lodowaty podmuch przyniósł ze sobą wilgoć i kolejną garść liści. Wstawiłam bukiet do wazonu, zabrałam stare kwiaty i wypalone wkłady. Wyrzucę je wychodząc z cmentarza. Wyjęłam butelkę wody i nalałam nieco do wazonu. "Nie ma sensu dolewać więcej, skoro ma padać" - pomyślałam.
    - Dobrze, piesiu, wracamy do domu, zanim nas deszcz zmoczy. Z tego wszystkiego zapomniałam wziąć z domu parasola...
    - Łof! - szczeknął, trącił mnie nosem i zamerdał ogonem.
    - Tak, wiem... Kiedyś zapomnę o własnej głowie! - podrapałam pupila po grzbiecie, za co dostałam mokre liźnięcie.
    Rozejrzałam się po cmentarzu. Nikogo już nie było, nawet pana Józefa. Pierwsze krople deszczu spadły mi na twarz kilka kroków za bramą cmentarza. A może to były moje łzy?...
     
    ==== Nick w DG: Arvea ====
  10. Kama polubił odpowiedź w temacie przez Arveaoddawanie psa do schroniska   
    Jeszcze nie miałam okazji oddawać psa do schroniska, ale pomysł wydaje się jak najbardziej logiczny. Nie wyobrażam sobie oddania do schroniska psa bez imienia i szukania go wśród kilkudziesięciu tak samo wyglądających szczeniaków...
  11. Kikyo polubił odpowiedź w temacie przez Arveaoddawanie psa do schroniska   
    Jeszcze nie miałam okazji oddawać psa do schroniska, ale pomysł wydaje się jak najbardziej logiczny. Nie wyobrażam sobie oddania do schroniska psa bez imienia i szukania go wśród kilkudziesięciu tak samo wyglądających szczeniaków...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Przeglądając tą stronę akceptujesz naszą politykę prywatności. Przeczytaj więcej: Polityka prywatności