Skocz do zawartości
Centrum gier Lion Project

HALLOWEEN 2018 - KONKURS


Verbum

Rekomendowane odpowiedzi

Witajcie! ?

Wielkimi krokami zbliża się Halloween i noc, podczas której odwiedzać nas będą "duszki". W związku z tym, zapraszamy wszystkich Graczy PG i DG do udziału w konkursie!
Dla każdej grupy przewidziane są nagrody-niespodzianki za zajęcie I-III miejsca - osobno nagradzani będą uczestnicy z rysunkami, osobno ci z tekstami.
Osoby grające w obie gry prosimy o zdecydowanie się na jedną z nich.

Co należy zrobić?
 

Temat prac: Mój pupil straszy!


GRACZE DG (jedno do wyboru):
> praca na kartce (technika dowolna, ale nie cyfrowa) na podany temat.
> wiersz, rymowanka lub krótka historia na podany temat.
Oczywiście głównym bohaterem w Waszych pracach musi być przebrany pies. Może to być Wasz prawdziwy piesek lub ulubieniec/ulubieńcy z gry. Nie zapomnijcie napisać czegoś o nich! :)

GRACZE PG (jedno do wyboru):
> praca na kartce (technika dowolna, ale nie cyfrowa) na podany temat.
> wiersz, rymowanka lub krótka historia na podany temat.

W Waszych pracach czekamy na przebrane Pokemony. Jeśli macie kilka ulubionych stworzeń, pokażcie je wszystkie! ;)

UWAGA:
> zakazane jest używanie programów graficznych (wyjątkiem jest przycięcie zdjęcia/skanu)
> prace należy podpisać nickiem z gry
> nie zapomnijcie, że gracze są ludźmi, więc w przypadku chęci dodania ich do swojej pracy, proszę nie tworzyć graczy pod postacią psów/pokemonów

 


Sposób dodawania prac: załącznik w tym wątku
Sposób głosowania: kliknięcie serduszka pod wybranymi pracami

Rozpoczęcie konkursu: 26-10-2018
Zakończenie dodawania prac: 4-11-2018
Zakończenie głosowania: 6-11-2018
Ogłoszenie wyników: 7-11-2018

Przypominam, że głosy oddawać możecie tylko na prace innych graczy - nie na swoje! Nagrody-niespodzianki zostaną rozdane przez Administratora.
Wątek służy do zamieszczania prac, nie do komentowania ich czy zadawania pytań.


Powodzenia! ?

Odnośnik do komentarza

Dzisiaj w nocy usłyszałam jęk
Chciałam sprawdzić skąd dochodzi ten dźwięk
Idę powoli z duszą na ramieniu
Patrzę a tam mój pies - w wilczym wystrojeniu
Chodź na samym początku nie wiedziałam co to za stwór
Więc uciekłam w przerażeniu potykając się o wór
Już myślałam że mnie dopadnie
Podeszłam ostrożnie a on zaczął mnie lizać ładnie
Po krótkiej chwili zorientowałam się że to mój pies - Gozones 

 

Mój nick w grze to Zazuko ☺

 

Trix, iwinka, Elaela i 10 innych lubią to
Odnośnik do komentarza

Wiersz:

Była dość ciemna noc, choć Karat i Alex ciągle bawili się i słychać było od czasu do czasu szczekanie. Nigdy nie sądziłam że Karat tak szybko zmieni się z małego maltańczyka na dużego maltana. Alex natomiast jest już starszym labradorem, choć nadal lubi się bawić. Czas szybko leci, ale cóż zrobić. Musiałam nakarmić psy, wlać im świeżej wody no i wyprowadzić je na spacer. Po trzech godzinach spędzonych na wyjściu z psami jak tylko weszliśmy do domu Alex położył się na łóżku. Widocznie był zmęczony, ale nic dziwnego. Żył więcej niż 7 lat...

Edytowane przez Verbum
Nick w grze to: xBloodyCatx a wcześniejszy: VampireCat
Odnośnik do komentarza

pokegra

Nick w grze Lunarson

 

Dzień zmarłych był moim ulubionym dniem. Dzień niepokoju, kiedy to w końcu udawało mi się dopasować do obecnego nastroju. Chłód stykał się z chłodem. Mrok bawił się z ciemnością mojego umysłu. Nadzieja? Nadzieją był strach, który był mi obcy. 
Kroczyłem ścieżkami cmentarza, mijając ludzi. Kręciłem się po labiryncie zwłok, aż straciłem rachubę w czasie i przestrzeni. Ludzi było coraz mniej. Martwych coraz więcej. Światła migotały na wietrze, a drzewa drżały ze strachu, niezbyt zadowolone, że są świadkami tego wydarzenia.
Dzień zmarłych był moim dniem. Moją rocznicą, z którą należy się obchodzić delikatnie, ale i potężnie. 
Przeżywać. Spróbować czuć. A może ja już czuję? Nie, to niemożliwe. A może jednak? 
Przystanąłem zawstydzony taką myślą. Ja i uczucia? Wredny uśmieszek zagościł na mojej twarzy i zrobiłem jeszcze jeden krok, by zbliżyć się do pomnika. Tu ktoś leży, chyba...
- To jak? Wstaniesz? Zapytasz co u mnie? A może każesz mi się spakować do szkoły? - Zadrwiłem i kopnąłem znicz, który stał na niewielkim podeście. Stłukł się i poturlał ginąc w łańcuchach czerni. 
Spojrzałem tam, gdzie była moja brama. Moje przejście do nicości. Gdzie teraz byłem? Po co tu jestem? A tak, dzień zmarłych. Dzień? Wolę noc. Wolę mrok. Wolę to co mi bliskie. Po co mi światło, skoro nie daje mi żadnych korzyści? Odsunąłem się od lamp i zbliżyłem do mroku. Jakiś czas musiałem przyzwyczaić się do ciemności by zrozumieć, że stoję przed drzewem. Ogromny dąb rósł na środku cmentarza. Chory, ale jeszcze dyszał. Pęknięty w pół wciąż miał liście, które teraz oddalały się od ojca porwane przez wiatr. 
- *cenzura* się. Ty, i twój *cenzura* świat. Po *cenzura* mnie stworzyłeś? Mnie? Jestem aż tak interesującą zabawką? Bawi cię nieudany eksperyment? Skrzywić, połamać, a potem puścić w ogień, by płonął na wieki? *cenzura* się. Ty, i twoje *cenzura* niebo. - Zacząłem wykrzykiwać w gniewie i zacząłem uderzać pięściami o bogu winne drzewo. Waliłem i kopałem, aż w końcu zmogło mnie zmęczenie i opadłem we łzach. Minął już rok od śmierci rodziców. Rok, od kiedy po raz ostatni widziałem ich uśmiech. Rok, od kiedy mogłem zobaczyć uśmiech na swojej twarzy. Jak to jest... być? Czy mógłbym jeszcze wrócić? Zerknąłem na odległe promyki wydobywające się ze zniczy i natchnęła mnie myśl, że mógłbym. Stać mnie na powrót, a mimo to wolałem tu gnić. Tak było łatwiej. Nagle wszystkie ogniki zgasły, a ja skuliłem się przerażony. Żywioł porwał moją ostatnią nadzieję na miliardy drobnych sztylecików, które właśnie teraz bombardowały mnie niczym grad. Cofnąłem się, zbliżając do drzewa. Jęki wydobywające się z pomników zmusiły mnie do jeszcze jednego kroku i zdziwiony stwierdziłem, że spadam. Zabrakło mi tchu. Język utknął mi w gardle, a ciało nie reagowało nie bardzo wiedząc, czy się ratować, czy może jednak poddać tej dziwnej nostalgii. Spadałem może kilka sekund, aż nagle uderzyłem w coś mocno i straciłem przytomność.
Obudziło mnie jęczenie jakiegoś zwierzecia. Chyba też tu utknęło, tak myślę. Westchnąłem i spróbowałem otworzyć oczy, ale nic nowego nie pojawiło się na płótnie. Mój obraz dalej był czarno-biały. Może powinień taki być już na zawsze? Tak było łatwiej. 
Poraz pierwszy od bardzo dawna zdałem sobie sprawę z niskiej temperatury i skuliłem się.
- *cenzura* - Zakląłem, zauważając, że coś lepkiego ścieka mi po nodze. Poruszyłem ostrożnie kończyną i skrzywiłem się. Powtórzyłem ten schemat wielokrotnie, chcąc się upewnić, że mimo wszystko byłem w jednym kawałku. 
- *cenzura* - Moje bluzgi rozchodziły się po pustce, ale mrok nic sobie nie robił z mojego braku kultury. Nie on, ale zwierze, które przerażone jak ja jęknęło gdzieś niedaleko. Spróbowałem się podnieść, ale moją uwagę odwróciły ślepia, wpatrujące się we mnie na odległość może dwóch metrów. Spanikowałem i uderzyłem o ścianę z desek, która pięła się wysoko do nieba. A może już nie było nieba? Może to piekło? Po chwili jednak zza chmur wyjrzał księżyc i śmiał się z moich wybryków. Jasna twarz oświetliła mi drogę i dodała otuchy, a ja sam poznałem gdzie się znajdowałem. 
Był to dół z pewnością wykopany przez grabarza. Pomysł, by kogoś pochować pod drzewem był iście dla mnie bolesny. Nie to mnie jednak martwiło, a pies, który w kącie oblizywał swoją łapę i warczał na mnie, kiedy tylko mnie zobaczył.
- Widzę, że nie tylko ja cieszę się z tej randki. - Stwierdziłem i złapałem za szczątki znicza, które leżały tuż obok. Pies warczał, a z paszczy ciekła mu nieprzyjemna ślina. 
- Waruj kundlu. Jesteśmy w tym razem. Musimy sobie jakoś pomóc, kumasz? Ja robię za rozbitka, a ty za prowiant! - Zażartowałem, ale mój plan chyba nie spodobał się kompanowi. 
Minął kwadrans, a potem godzina, aż w końcu agresja minęła, a następnego ranka obudził mnie ksiądz.
- Synu, jesteś cały? Co tam robisz!
- Szukam matki. Obaj jesteście siebie warci, tato! - Zacząłem pyskować. Nienawidziłem, kiedy ktoś nazywał mnie "synem". Już nie. Pingwin aż się zapowietrzył, ale wezwał pomoc.
Rozejrzałem się nieprzytomnie i uśmiechnąłem się lekko widząc, że jakaś czarna kulka przykleiła się do mojego torsu.
- To jak, wredoto? Zostaniesz moim pupilem?

Odnośnik do komentarza

Historyjka:

Fenris zmierzał w kierunku cmentarza. Futrzasta maska wilkołaka doskonale spełniała rolę jesienno-zimowej czapki, ogrzewając mu uszy, a postrzępione skarpety zapewniały dobrą osłonę przed listopadową pluchą. Latarnie na ulicy otulały otoczenie tajemniczym, jasnoniebieskim blaskiem, a wokół słychać było tylko szum liści i plusk kropli spadających z mokrych gałęzi do kałuż. Fenris zatrzymywał się co jakiś czas, aby przyjrzeć się wielkiemu beżowemu księżycowi lub obwąchać drogę w poszukiwaniu tropu nagród. Jednak nigdy nie obracał się w tył, bo gdzieś w środku obawiał się, że za nim kroczy jakaś upiorna bestia.  Desperacko oglądał się za nagrodami, bo wiedział, że to właśnie jemu pani ufa najbardziej. Niby wiedział, że nawet jeśli nie przyniesie nic niezwykłego, to na pewno zostanie pogłaskany i pochwalony, ale z drugiej strony nie chciał sprawiać zawodu właścicielce. Przecież tak starała się o przebrania dla niego i reszty drużyny łowców cukierków. Został jako pierwszy wysłany na nocne łowy, a kilka minut po nim wyruszyli ten łaciaty łobuz Sherman w stroju czarodzieja i niezbyt rozgarnięty w szczegółach misji Dolbert, szczelnie okryty białym prześcieradłem. Teraz  Fenris wściekał się sam na siebie, że poszedł wgłąb Doggowego miasteczka, zamiast na obrzeża, jak tamta dwójka. Przy poczcie może i nic nie znaleźli, za to kociołek zapewne wynagrodził im to z nawiązką. No bo gdzie można szukać strasznych fantów na hallowen, jeśli nie przy kociołku?

Tymczasem zbliżył się do cmentarza. Nagrobki pochylały się nad ziemią, rzucając długie cienie na chodnik. Wilczur nie zauważył nic dziwnego i w najlepsze wciskał nos w krzewy, szukając chociażby dyniowej muffinki. Nagle usłyszał podejrzany szmer za plecami i trzask gałązek. Odwrócił się i serce mu stanęło.

Na murku za cmentarzem, na obrośniętych bluszczem cegłach, pojawił się czarny jak smoła cień demona. Miał szerokie skrzydła, zakończone szponami, łapy z zakrzywionymi pazurami i rozwidlony, diabelski ogon. Złowieszczo uśmiechał się do Fenrisa i rozszerzał oczy podobne do szparek. Pies zawył żałośnie i chciał uciec, ale nogi poplątały mu się w długim zielsku. ,,Ktoś tu nie skosił trawy, a ja muszę cierpieć", przemknęło mu przez głowę.  Wydawało mu się, że słyszy wredny śmiech potwornej sylwetki, ale po chwili zdał sobie sprawę, że to rechot żab. Nie wiedzieć czemu, to dodało mu otuchy. Stanowczo zbliżył się do cienia, i starając się unikać jego strasznych oczu,  warknął. Później drugi raz, głośniej. Z każdym kolejnym pokazaniem zębów upiór zmniejszał się i zmniejszał, aż wreszcie jedyne, co po nim zostało, to mała, pluszowa maskotka nietoperza. Kotulla, którą którą ktoś zostawił dla zbieraczy cukierków. Księżyc skrył się za chmurami i sylwetka pluszaka rozmyła się całkiem. Zadowolony ze znaleziska Fenris pomknął z nim do domu, myśląc już tylko o ciepłym steku na wytrzymałość, który tam na niego czekał. I nawet się nie zastanawiał, kto podrzucił zabawkę na cmentarzu. A tymczasem zwiewny, połyskujący psi duch pomknął w nocne niebo, śmiejąc się z własnego dowcipu, który wypróbował na tym szczeniaku w stroju wilkołaka.

Mój nick w grze doggi-game to Lou.

Odnośnik do komentarza

Dzisiaj z łóżka zmartwychwstaję,
Co to piesku za zwyczaje?

Słyszę jakieś dziwne dźwięki...
To mój Ciapek...skomle z wnęki.

Co się Tobie piesku stało?
To skomlenie dziwnie brzmiało.

- Nic mi nie jest, wrzuć na luz...
- Z Twojej kufy cieknie śluz!

Przecież dzisiaj jest mój dzień,
Kiedy wielki jest mój cień,
Kiedy wielkie mam pazury...

- Z Ciebie kundel szaro bury!
(co za dziwne kreatury)

Dzisiaj kojec swój porzucam,
lecę biegać ze strachami,
Swoją skórę szybko zrzucam,
Chcę napawać się grzechami!
Tylko jeden dzień do roku, 
Kiedy robię to co kocham,
W blasku luny i półmroku,
Kiedy nigdy się nie cofam!

I co z tego, żem ja kundel?
Skoro ja najlepszy w świecie!
Do kochania, przytulania,
W wiosnę, zimę, nawet w lecie!

Teraz jesień, 
Czas straszenia,
Mego mienia pogorszenia,
Będę straszył, się panoszył,
swoją sierść w Księżycu stroszył!

(zniknął za oknem)

Jakże jestem zamartwiony,
Nigdy w życiu tak nie miałem...
Dzisiaj będę zniesławiony,
Całkowicie go olałem...

Miałem kupić Pekińczyka, Yorka, Collie, Malamuta...
Teraz jest kaszana wielka, ma relacja jest popsuta...

Muszę szybko to ratować, 
Niewiem gdzie go dziś wywiało,
I na nowo namalować,
Przyjaźń naszą jakich mało!

Więc szukałem w polu, lesie, patrzę - Kogo licho niesie?
To mój Ciapuś, mój kundelek! Ale zaraz... z Dynią żelek?

Co ty Ciapku w zębach niesiesz?

-Zaraz toast za mnie wzniesiesz.
 Żaden ze mnie potwór, bestia. To dla Ciebie ważna lekcja.
Swoją drogą ale heca, jesteś biały niczym świeca!
Taka wiesz...jak na cmentarzu, międzyzmarłym korytarzu.

Dla mnie nie ma to znaczenia, czy chcesz Pudla, Rotweillera, 
Byleś kochał należycie, bo Twój piesek Cię docenia.
Już nie będę straszył więcej, i nie będę robił draki.
Teraz wracam już do kojca - no i liczę na psismaki.

Wybacz piesku, za me błędy, 
Dzisiaj ważne są obrzędy,
U nas w Polsce Święto Zmarłych,
Nieraz Halloweenem obchodzone,
U nas smutne, ze zniczami,
Na zachodzie pobudzone!

I przepraszam, żem nieczuły
Był dla Ciebie mój pieseczku,
Kocham Cię najmocniej w świecie,
Zobacz co mam tu w woreczku!

- To psismaczki - zjem je chętnie!
Lecz nie za to Ciebie kocham, 
Chociaż nieraz z Tobą kłótnie,
To ze szczęścia nieraz szlocham.


Tak się wszystko zakończyło, 
A to wierszyk z Happy Endem, 
Morał z tego płynie taki,
Nierasowe także piękne!

 

 

obok załączona ilustracja, aby można było sobie to wyobrazić. Nie jest ona zaliczona do oceny i proszę, aby oceniano mój wiersz. 

 

halloween.JPG

Odnośnik do komentarza

Login na doGGi: Enfys

Przybywam z wierszykiem. c:

"Noc straszydeł"

Ciemno wszędzie, cicho wszędzie,
wtem coś w trawie zaszeleści,
jakiś cień się zbliży,
tu błysk światła się objawi

drży już Lis ze strachu cała
a gdy sowa huknie głośno
skoczy i swym wrzaskiem las obudzi

wyjdzie z lasu elfi wojownik
spojrzy na nią i zapyta
,,czegóż boisz się, Liseczku?"

"Wilkołak gdzieś tu dzikie
harce i swawole czyni"
padnie odpowiedź przerażona

Elf się śmieje, kręci głową,
wtem coś w krzakach zaszeleści,
wycie głośne się rozlega,
księżyc pełny chmury odkrywają
duchy nagle się zjawiają

Już nie tylko lisie dziecię drży ze strachu,
elfi woj wyciąga miecz, łuk też trzyma w gotowości
przypadł Lis do elfich pleców, sztylet w dłoni,
zacięta mina, już do walki jest gotowa
"Niech się zjawi ta gadzina!"

Z cmentarzyska idą zjawy, 
elf wytęża wzrok swój bystry
i wnet śmieje się radośnie,
bo na przodzie Duma kroczy,
za nim gończych jest gromada

Idzie whippet, idą gończe przebierańcze,
tutaj zombie, tutaj duch,
tam wilkołak, a najmniejszy polskich zuch 
za Admina przebrał się.

Strach przerodził się w radosne powitanie,
idą razem gończych zgraja, Duma, Lis i elf wesoły
do miasteczka doGGi zwanym, by rozpocząć
noc cukierków, noc psikusów,
dzikie harce i swawole,
i być może potajemnie
Adminowi zwędzić czapkę. 

_____________________

Występują:

Lis 

Duma - mój wymarzony whippet. Pojawia się w wielu moich pracach, nierozłączny towarzysz Lisa, rozrabiaka jakich mało.

Elf - znalazł się tu całkiem przypadkiem.

Zgraja gończych polskich, którym przewodzi Duma. c:

Odnośnik do komentarza

Paskuda zgniło-zielona -
- od pyska; aż do ogona.
I nie może być inaczej;
Samym wyglądem to straszy!

Ale jestem z nią trzy lata;
i będę do końca Świata.
Także Admin - w myśl mej myśli;
straszy! i w koszmarach mi się przyśni!

Miało nie być o Nim wierszy;
ale Admin nie jest pierwszy...
Bo przy bimbrze, czy przy winie,
ciągle myślę o Admnie.

A że mam już trochę w czubie;
powiem; "Oboje Was bardzo lubię!"
:)

(ab. 27.X.2018)

Odnośnik do komentarza

poke gra

Lunarson

nudzi mi się...

 

Czas zabija mnie od środka.
Czuję, że śmierć się dobija.
Wrzuca mnie do swego worka.
Zmora straszna nie przemija.

Czy wiesz, co tak twoją duszą szarpie?
Co jest słonko? Cierpisz, skarbie?

Oczy moje już zamglone.
Nie obronię się przed mrokiem.
Moje myśli są szalone.
Cóż się kryje za tym krokiem?

Chcą mnie zmusić, bym się zbudził?
Po co? Nie chcą, bym marudził?

Dalej, spróbuj mnie pokonać.
Spraw, bym wyszedł z labiryntu.
Słabość moja chce mnie dorwać,
lecz nie sprawię jej zachwytu.

Cóż to? Drwisz z mojej pajęczej sieci?
Jak długo mi czekać, aż ktoś w nią wleci?

Zegar tyka chcąc mnie zbudzić.
Czas już bym otworzył oczy.
Nie chce mi się z ciałem kłócić.
Słyszę jednak, że ktoś kroczy.

Śmiesz mnie odwiedzać o tej nędznej porze?
Czemu z pułapki wylazłeś, potworze?

On natomiast niewzruszony.
Dalej straszy mnie na jawie.
Umysł mój jest uwięziony.
Czy on rozum mi już kradnie?

Dobrze, wstaję, już jest pora!
Błagam tylko, wróć do balla!

Nieposłuszny czeka na mnie.
Zegar głośno hałasuje.
Gengar śmieje się nieładnie.
Czemu on mi życie truje?

Strasznie się pokemon cieszył,
że okazję do straszków zwęszył.

Był taki dzień raz w roku,
kiedy tak bardzo chciałem spać.
Nie dawał Gengar mi wyboru.
Czas jest straszyć, czas się bać.

Ruszyliśmy ciemną ścieżką przebrani za siebie.
Jam jest śmierć, a on jest potwór, co czuł się w Halloween jak Pan Bóg w niebie!

Edytowane przez Verbum
Gracz dodał już jedną pracę.
Odnośnik do komentarza

Nick na Doggi: Rdzawa

Spaceruję po ogródku 
Pod stopami trzeszczą liście
Obok mnie ktoś maszeruje
Mój przyjaciel oczywiście!

I idziemy tak powoli 
Poprzez dobrze znane trawy 
Nagle coś wyskakuje
Czy wpadliśmy w tarapaty?

Głośno krzyknął mój przyjaciel
Nogi swoje wziął za pas 
Bardzo był tym wystraszony 
I uciekał szybko w las

A ja stałam oniemiała
Nie wiedziałam co mam robić
Czy uciekać? Atakować?
A to do mnie zaczęło podchodzić

I stanęło patrząc na mnie
Było straszne niczym trup
Nie wiedziałam co się stało
A tu nagle tylo 'łuup'!

Wielka masa podskoczyła
I zwaliła mnie na grunt
Była ciężka, była straszna
Rozpoczęłam więc swój bunt

Halo, strachu! Ze mnie złaź!
Nie ciągnij mnie za rękawy!
Mam już dosyć twego cielska
I tej zimnej, twardej trawy

Przekręciłam się na lewo
Wtem stworowi spadła maska
Popatzyłam więc na niego
Co tu dzieje się do diaska?!

Taki niby straszny potwór
Ale cóżto niby jest?
To puchata, piękna kulka
A tą kulką jest mój pies

Czemu to zrobiłeś, Abis? 
Co ci psiaku przyszło do głowy?
I pytanie najważniejsze
Skąd ten kostium kolorowy?

No tak! Dziś Haloween mamy
I wypada, i przystoi 
By porządnie się wystraszyć 
Każdy więc się dzisiaj boi

Odnośnik do komentarza

Wielka bitwa na Górze Świętej Anny.

 

Szykuje się spokojny wieczór. Jutro Wszystkich Świętych, odwiedzanie grobów, więc dzisiaj albo coś w telewizji, albo na komputerze. Bez szaleństw.

Siedziałem sobie spokojnie popijając herbatę. Nagle ktoś mocno zadzwonił do drzwi. Zaskoczony, bo, oczywiście, nikogo się nie spodziewałem, już chciałem się podnieść i podejść do drzwi, gdy usłyszałem głośne dziecięce uśmiechy i dyskusje.

-No tak, Halloween-szepnąłem do siebie. Kompletnie nie czułem tych zwyczajów, tego święta, chociaż z drugiej strony fajnie, że dzieciaki znalazły sposób na niezłą zabawę. Nie miałem jednak żadnego zamiaru w niej uczestniczyć. Dzieci za drzwiami doszły do wniosku, że w mieszkaniu nikogo nie ma i zaczęły dobijać się do następnych drzwi. Słyszałem, jak sąsiedzi otwierają. Chyba jednak też nie wyczuli atmosfery zabawy, miałem wrażenie, że pogonili imprezowiczów. Wróciłem do swoich rozmyślań, gdy nagle wszystko ucichło. Przez moment nastała przerażająca cisza. Ani jednego dziecka, ani jednego dorosłego. Nic.

A później… krzyk. Krzyk kobiety.

Otworzyłem drzwi i wyskoczyłem na sień. Piętro niżej zanosząca się płaczem kobieta, starała się coś powiedzieć:

-Kaj som moje bajtle, kaj mój synek, kaj moja dziołszka? Byli tukej, słyszałach jak klupali do tego chopa spod piątki, tego co ciyngim łazi w tyj czerwonyj mycce. Padali mu bombon abo wic i ôroz zrobiyło sie cicho. (Gdzie są moje dzieci, gdzie mój chłopczyk, gdzie moja dziewczynka? Byli tutaj, słyszałam jak pukali do tego faceta spod piątki, tego który ciągle chodzi w czerwonej czapce. Powiedzieli mu cukierek albo psikus i nagle zrobiło się cicho).

Spojrzałem po sąsiadach:

- Zniknęły dzieci tej Pani. Chodziły po mieszkaniach i nagle ich nie ma.-wytłumaczył/przetłumaczył jeden z sąsiadów.

-Jak, nie ma? Weszły do jakiegoś mieszkania, a może po prostu wyszły na zewnątrz?-zapytałem nie wierząc w to, co słyszę.

- Nie, po prostu zniknęły, mieszkanie do którego pukały jest puste, a matka stała na dole, więc nie mogły wyjść.

Poczułem, że pot spływa mi po plecach, takiej sytuacji tutaj nie było. Co się stało z dziećmi?

- Trzeba wezwać policję- pobiegłem do mieszkania zadzwonić. Ledwo wszedłem, potężny pokemon o wyglądzie węża tylko na mnie spojrzał i natychmiast podpełzł do okna, i zniknął na zewnątrz. Zadzwoniłem na policję, podałem podstawowe informacje i zamierzałem wrócić do zbiegowiska. Zainteresowały mnie jednak dźwięki za oknem. Były to nawoływania dorosłych szukających swoich dzieci. Coraz częstsze, coraz głośniejsze i coraz bardziej przerażające.

-Czyżby jakaś zaraza? Dzieciaki postanowiły się schować przed rodzicami? Nowy poziom świętowania Halloween?- Nie znałem zasad tej zabawy, ale nigdy nie słyszałem, by dzieci chowały się przed dorosłymi.

-Może to jakaś nowa moda? Jakiś quest, który podłapali w sieci?. –nie miałem czasu jednak poważniej się nad tym zastanowić, bo za oknem pojawił się czerwony łeb pokemona. Zrozumiałem, że ten chce zabrać mnie ze sobą. Usadowiłem się na grzbiecie węża i wzbiliśmy się w powietrze. Kilka minut mknęliśmy w zawrotnym tempie. Czułem pod palcami, że mój towarzysz jest bardzo zdenerwowany i chce jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Po kilku minutach zaczęliśmy zniżać lot. Jeszcze nie potrafiłem rozpoznać dokąd dolecieliśmy. Po chwili zobaczyłem klasztor, a obok olbrzymi amfiteatr.

-Góra Świętej Anny? Co my tu robimy?

Pokemon wylądował na obrzeżach amfiteatru, tuż przy lesie. Kiedy oczy przestały łzawić po locie, zauważyłem przy scenie sporo osób.

-Na przedstawienie mnie przywiozłaś, czy co?- spojrzałem na pokemona z wyrzutem. Ten warknął i ruchem głowy wskazał na scenę. Trzeba było wytężyć wzrok i obraz stawał się coraz wyraźniejszy. Na scenie znajdowało się kilkadziesiąt dzieci, a pod nią około stu dorosłych ludzi. Ludzi?? Aż przetarłem oczy ze zdziwienia: to nie byli ludzie. Niby tak wyglądali, ale coś jednak było w nich nieludzkiego. Zobaczyłem kilkanaście młodych kobiet ubranych na biało, kilkunastu dziwnych facetów z wielkimi głowami, zobaczyłem w końcu sąsiada „spod piątki”. A obok kilkunastu jemu podobnych. Jeśli ktoś mówi, że komuś serce stanęło w gardle, to właśnie tak się poczułem. Patrzyłem na coś, co nie istnieje, na coś o czym słyszałem tylko w opowieściach sprzed lat. Widziałem całą grupę śląskich potworów: południce, nocnice, podciepy, szczigi czy diobły. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że na dole jest jasno. Tak, byli też fojermany. Zdałem sobie też sprawę, że sąsiad w czerwonej czapce to zwykły utopiec.

Co robić? Rzucić się na ratunek, czy uciekać? Dzwonić po policję, czy po księdza? Zakręciło mi się w głowie, że o mało nie runąłem w przepaść. Na szczęście pokemon był szybszy i przewidział co się stanie. Złapał zębami za ubranie i przeniósł w stronę lasu.

-Co robimy? Trzeba ratować te dzieci!- spojrzałem na pokemona. Ten mruknął w odpowiedzi i wskazał łbem na brzeg lasu. Zza drzew zaczęły pojawiać się stworki jak w japońskich bajkach. Dziesiątki, setki pokemonów. Wraz z nimi ludzie, ich trenerzy, opiekunowie, przyjaciele. Stworzenia zebrały się w jednym miejscu i zaczęły się ze sobą… naradzać. Ludzie stanęli obok nie końca wiedząc jak się zachować.

-O co w ogóle chodzi?-zapytał jeden z trenerów.

-Śląskie potwory porwały grupkę dzieci i teraz trzymają je na dole.

-Ale jak potwory? I co mogą im zrobić?-zapytała dziewczyna, której pikachu właśnie odbiegł w kierunku innych pokemonów.

-Lepiej byś nie wiedziała co mogą zrobić.-powiedziałem z rozgoryczeniem.-A skąd się wzięły? Zawsze istniały w historiach, opowiadaniach, bajkach. Teraz, kiedy coraz częściej świętuje się Halloween, nabrały mocy i ożyły, niestety.

Pokemony chyba podjęły jakąś decyzje, ponieważ wróciły do opiekunów i zaczęły… spychać ich do lasu.

-O co im chodzi?- zapytał jeden z trenerów.

-Chyba dają nam do zrozumienia, że nie ma tu dla nas miejsca. Chcą załatwić to same. Widać, kto tak naprawdę tu rządzi.

Ponieważ trenerzy to ludzie rozumiejący swoich towarzyszy, nie protestowali i wykonywali polecenia. Nie byliby jednak sobą, gdyby po chwili nie wrócili na brzeg amfiteatru, by obserwować sytuację. Pokemony podzieliły się na dwie grupy: te większe zaczęły schodzić w dół po schodach lub wzlatywały i lądowały tuż przy scenie. Robiły przy tym mnóstwo hałasu i zamieszania, by zwrócić na siebie jak największą uwagę. Bowiem druga grupa, malutkie sympatyczne stworzonka przekradały się wzdłuż ściany lasy, zsuwały się po zboczu od strony pomnika i starały się dotrzeć do dzieci, by wziąć je w opiekę. Dzieci były przerażone i nie wiadomo było jak zareagują na to, co miało za chwilę nastąpić. Na wielką bitwę.

Maluchy dotarły na miejsce. Nie bez problemów. Okazało się, że te małe, milutkie stworki potrafią być też groźne. Posypały się iskry, polała woda, ale dzieci były bezpieczne. Za chwilę rozległ się cichy delikatny śpiew, który je powoli usypiał. Maszkary natomiast ruszyły do ataku na schodzące w dół pokemony. Połednice rzucały się do duszenia, fojermany ciskali płomieniami, utopce rzucały się do nóg, ale pokemony parły do przodu. Żadna ze stron nie potrafiła jednak zdobyć znaczącej przewagi. W końcu jeden ze smoków zaatakował olbrzymią postać z długą brodą, która ewidentnie dowodziła strachami. Od tej chwili walka toczyła się już szybko i po myśli ludzi i pokemonów. Po kilku minutach było po wszystkim. Dzieci bezpieczne, pokemony zwycięskie, a potwory zniknęły z powierzchni ziemi.

-Co to było, to z brodą?-zapytał jeden z trenerów, który widać, dość mocno przeżywał to, co się wydarzyło.

-Skarbek.

-Skarbek?? Znaczy Skarbnik? Przecież to dobry duch kopalni. Zawsze pomaga górnikom, ratuje ich przed zawaleniem ziemi.- mimo drżących ust potrafił wypowiedzieć tak długie zdanie.

-Ja, do Wos Skarbek to tyn gryfny starzik, kery pomogo hajerom, dowo im gelt, złoto, abo pokazuje kaj je wōngel. Ale Skarbek pierwyj boł ôszkliwym pieronym, kery poradzi napochać. Zalywoł chodniki, bezmaś nawet pora grubiorzy pominyło kej na onego wejrzeli. –nawet nie zorientowałem się kiedy przeszedłem na śląski, ale mój rozmówca, chyba też tego nie zauważył. Za dużo emocji.

-Szpyndlik, mom w zocy Twojigo pokemona. Załatwił tego Skarbnika na cacy. Potem poszło już gładko. –pogratulowałem. Trener, dumny ze swojego arceusa, sprawdzał czy nic mu się nie stało.

Ludzie powoli schodzili na dół do swoich pokemonów. Te otrząsnęły się po walce i czekały na swoich towarzyszy. Niektóre z nich już wzięły się za odstawianie do domów uprowadzonych dzieci. Wszystko toczyło się szybko i sprawnie. Po kilku minutach nikt nie zorientowałby się, że w amfiteatrze odbyło się takie 'przedstawienie". Dziwić mogłaby tylko spora ilość młodych ludzi i dziwacznie wyglądających stworzeń. Z każdą chwilą było ich mniej i mniej.

Poczekałem aż wszyscy trenerzy udadzą się w drogę i też spokojnie mogliśmy wrócić do domu. Padłem na łóżko i chyba, momentalnie, usnąłem. Obudziło mnie stukanie za oknem. Przez przymknięte oczy zobaczyłem jakąś paskudną gębę świecącą dziwacznym płomieniem. Po takim dniu prawie wpadłem w panikę, że cała walka na nic, że potwory nie zniknęły. Tysiąc myśli przeszło mi przez głowę. Nie zdążyłem krzyknąć ze strachu tylko dlatego, że mnie sparaliżowało. Po chwili jednak do mieszkania wsunął się łeb pokemona, który trzymał w pysku płonącą halloweenową dynię. Po prostu pokemon postanowił mnie nastraszyć.

-Wariatka, moja jedyna Wariatka. Ale proszę oszczędź mi dzisiaj takich emocji.- powiedziałem ze wzruszeniem w głosie, głaskając czerwony łeb. Byłem jednak spokojny, bo skoro pokemon świętuje Halloween, to znaczy, że wszystkie dzieci są bezpieczne.

/ziut PG/

Odnośnik do komentarza
Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.
  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Przeglądając tą stronę akceptujesz naszą politykę prywatności. Przeczytaj więcej: Polityka prywatności